niedziela, 27 marca 2016

Cirrusy

Pierwszy raz od miesiąca chińskie niebo jest niebieskie.
Widzę wszystko, lecz zamiast odgłosów otoczenia
słucham polskich piosenek o nastolatkach,
które umazały się sosem tysiąca wysp i płaczą, 

że żaden chłopak na nie teraz nie spojrzy.
W centrum handlowym spotykam dziewczynę w czymś,
co przypomina różową piżamę frotte.
Zdjąłbym słuchawki i spytał się: czy tak bardzo podnieca cię

kapitalizm, że czujesz się tu jak w domu? Ale i tak
nie dogadam się w jej narzeczu.
Tak jak ze starszą kobietą przy śmietniku
(w zależności od przyjętej narracji:

grzebie w śmieciach lub segreguje śmieci).
Tak jak z kobietą, która częstowała mnie
pierogami domowej roboty (umiałem jedynie powiedzieć
czy smakuje i czy chcę więcej).

Przypomniała mi rozmowę z babcią, ostatnią
przed wyjazdem: Podgrzać ci jeszcze?
Ciągle gdzieś biegasz. Nie nauczyliśmy się
ze sobą rozmawiać.
Spokojnie, babciu.

Jeszcze się nauczymy. Wracam w lipcu.
Pierwszy raz od miesiąca niebo jest niebieskie.
Na niebie cirrusy.

wtorek, 23 lutego 2016

KOKAINOWA LILI I ZUZIA MORFINKA [EN/PL]

Kokainowa Lili – czy o niej słyszałeś może?
Lili z Kokainowa na kokainowym wzgórzu.
Żyła z koka-kotem i kokainowym mopsem;
tłukły się ze szczurem w piwnicy pełnej koksu.

Na kokainowej głowie włosy w kolorze koki;
I kokainowa suknia, czerwona jak kompot z maku;
Jej ciuchy – pełen odjazd; kapelusz też odlotowy.
W płaszcz wpięła sobie różę. Szkaratno-kokainową.

W pyle Drogi Mlecznej wielkie, złote rydwany -
widać węże i słonie, raz srebrne a raz szare.
Och, jak rozpaczliwy jest blues kokainowy;
och, jak rozpaczliwie uderza mi do głowy.

Pewnej śnieżnej nocy poszła na śnieżną prywatkę;
sposób w jaki wciągała przyprawiał nas o drgawki.
Była tam Narkomagda, Hajlina, naćpana jak świnia,
był także Kuba Buch i Nina Detoksyna.

Była Zuzia Morfinka, był Jaś Makówka. Synek
miał bardzo ostre zjazdy ze swej śnieżnej drabiny.
I był Bob Psychotrop, ten to zaliczał zgony;
i Śnieżka, co w kuligu wciągała ze dwie tony.

Gdzieś o trzeciej wszyscy byli w błogostanie,
jak gołąbki łagodni, tak nafaszerowani.
Więc Lili poszła spać wśród bezwładnych ciał.
Sztachnęła się raz jeszcze i to był złoty strzał.

Złożono ją do grobu w odlotowej kiecce,
w odjazdowych butach, startych na jej ścieżce.
A napis na nagrobku napisał za nią los:
„Umarła tak jak żyła, czyli wciągając koks”.

Autor nieznany, przypisywane W. H. Audenowi

Oryginał:
 
http://www.poemhunter.com/best-poems/wh-auden/cocaine-lil-and-morphine-sue/

niedziela, 21 lutego 2016

Paul Muldoon, "Ultrasonograf/The Sonogram" (tłum. EN-PL)

Ultrasonograf

Jeszcze kilka tygodni temu zdjęcie macicy Jean
przypominało co najwyżej
satelitarną mapę Irlandii:

teraz obraz
jest tak wyraźny, że można dostrzec nie tylko rękę
ale i kciuk;

w drodze do Spiddal kobieta łapie stopa;
gladiator we własnej sieci, tłum czeka na jego wyrok.

___________________________________________________________________________

The Sonogram

Only a few weeks ago, the sonogram of Jean's womb
resembled nothing so much
as a satellite map of Ireland:

now the image
is so well-defined we can make out not only a hand
but a thumb;

on the road to Spiddal, a woman hitching a ride;
a gladiator in his net, passing judgement on the crowd.

1994

niedziela, 14 lutego 2016

Paul Muldoon - Gathering mushrooms/Grzybobranie EN-PL

Deszcz łopocze na podwórzu
jak obrus zdobiony przez matkę
- pozostawiona na pastwę burzy
przemokła makatka.
Kapelusz grzyba daje cień, stęchły i duszny,
jego wysokie, drewniane poduszki
formaliną skraplane,
gdy ojciec otwiera trojańskie bramy
pierwszym ładunkom końskiego łajna.
Gipsu. Zaschniętej krwi. Amoniaku. Słomianej rozpałki.
Wciąż nadjeżdżają kolejne transporty:
hydra, czarnozłoty smok, jego czcze przechwałki
zostają w głowie na dłużej.
Dumnie wznosimy widły na wiatr.

Wszystko przypomina te wrześniowe popołudnia.
To my, choć mija piętnaście lat,
podróżujemy poprzez włości Barrett, baśniowe
jak dziewczęta w przydługich sukniach
po burzy gradowej.
Być może myśleliśmy o zapalającej bombie,
która wysadziła Malone House w powietrze
razem z bezcenną kolekcją lnu.
Być może płakaliśmy z Elizabeth McCrum,
gdy psylocybina zawróciła w głowie,
a ty śpiewałeś o kobiecie w zroszonej trawie,
która schylała się tak nisko – wiedziałeś,
że musiała wybrać się na grzybobranie.

Widzisz go w tym samym znoszonym waciaku,
w butach wędkarskich, nieco przyciasnych.
Ma przy sobie nóż, dwie kobiałki, miskę.
W swój własny cień zapada się głęboko
i zupełnie nie zdaje sobie sprawy,
że czaimy się za nim, stoimy u boku.
Jest jednym z tych wojowników rzymskich
czekających na uderzeniową falę.
Zerka spod czapki z daszkiem,
ale trzyma rytm:
nóżka lub kapelusz. Elegancki chwyt,
sprawne ruchy palców. Później szybkie cięcie,
później kobiałki. Lewa, prawa, miska.
Po kres wieczności - i dalej, i dalej.

Szliśmy wzdłuż rzeki Lagan dawną flisacką ścieżką.
Zmierzch zmieniał barwę z cynamonu w oberżynę.
Grzywacz dawał koncert na klarnecie i klawesynie
- psychodeliczne allegro, allegretto.
A ty nagle zniknąłeś z zasięgu mego wzroku
staczając się, wraz z osuwającym zboczem,
wprost do paszczy
migoczącego, żółtozielonego smoka.
Odnalazłeś się w jakiejś wielkiej szopie
ze swoim nieodłącznym towarzyszem - mną,
chociaż głowa konia wyrosła w miejscu mojej głowy,
potrząsnęła grzywą w kolorze mysi blond
i przemówiła tymi słowy:

Wróć do nas. Twe stopy, choć gołe, przemarznięte,
miały być stworzone,
by mierzyć się w walce z gołym betonem.
A za tym szarym murem jest inny szary mur
i drut kolczasty. Twoim wybawieniem
jest wrócić. I jeśli musi być śpiew, to pieśnią
niech stanie się stąpanie we własnym gnoju.
Niech słoma i łajno przybliżają cel.
I jeśli to jeszcze nie twoja kolej
by wejść do prawdziwego królestwa,
połóż się obok nas, skryj
pod ubłoconą, szarą kołdrą irlandzkiego deszczu,
która pewnego dnia zamieni się w biel.
Poczekaj. Połóż się. Śpij. 

Oryginalny wiersz: http://www.poemhunter.com/poem/milkweed-and-monarch/

*"Milkweed and Monarch" to błędny tytuł. Poprawny to właśnie "Gathering mushrooms" 

piątek, 12 lutego 2016

literuFKA z Jakubem Sajkowskim - 17.02.2016 godzina 20:00 Klub Dragon ul. Zamkowa 3


Fundacja Kultury Akademickiej zaprasza na trzecią edycję cyklu literackiego "literuFKA".  Tym razem to osiem spotkań z poezją, prozą i muzyką. Osiem niepowtarzalnych okazji do poznania autorów, których dobraliśmy według subiektywnego klucza. Bez wykładów i wymądrzania się. Posłuchamy z nogą na nogę, po turecku, a może i na leżąco. Będziemy literaturę smakować, krytykować i drzeć. Jeśli będzie trzeba, wejdziemy na ostatnie piętro i wyrzucimy ją przez okno. A po każdym spotkaniu odbędzie się slam poetycki.

--------------------------

Jakub Sajkowski (1985) - poeta, lektor języków, tłumacz, recenzent. Redaktor działu krytycznego w sZAFie. Wydał książki poetyckie: Ślizgawki (2010), Google Translator (2015).
Publikacje: m.in. Pro Arte, Arterie, Dwutygodnik, artPapier, na stronie internetowej Biura Literackiego oraz w lokalnym wydaniu Gazety Wyborczej. Finalista i laureat min. projektu Połów, konkursu im. Klemensa Janickiego, oraz Konkursu Krytycznoliterackiego Pulsu Literatury w Łodzi. Laureat stypendium artystycznego miasta Poznania. Prowadzi bloga poetyckiego: http://czytnikliteracki.blogspot.com/ oraz związanego z pobytem w Chinach: http://greenhorn-poland.blogspot.com/

niedziela, 7 lutego 2016

Raport z baru "Klimat"

Raport z miasteczka, gdzie likwidują autobusy
do jeszcze mniejszych miejscowości.
Rozkład nieczytelny, ktoś napisał sprayem
„WIELKA BIAŁA POLSKA”. To rasa


świni. Według wytycznych unijnych świnie
powinny mieć dobrze i czysto. Powinny
dostawać zabaweczki, żeby się nie nudziły. To rasa

szczególnie inteligentna, nuda
oraz niedobór przestrzeni osobistej wywołuje agresję
i stresuje je, przez co ich mięso staje się sztywne i łykowate.

Raport z miasteczka, gdzie nic się nie dzieje,
bo byli tu Niemcy. Nic się tu nie dzieje, bo Niemcy

stąd prysnęli, spryskali całą ekożywność.
Każdy rozkład.

piątek, 5 lutego 2016

Sylvia Plath - Pościg (EN-PL)/Wersja poprawiona

Dans le fond des forêts votre image me suit.
                                     RACINE


Wielki czarny kot jest mym prześladowcą
Kiedyś będzie tym, przez którego umrę.
Ten, którego chciwość podpala lasy
Za plecami kroczy po mnie nocą,
Mięciutko, z uprzejmością tak niewinną.
Nawet słońce nie grasuje tak królewsko.
Z samotnego drzewa kruki wieszczą pustkę
Polowanie trwa, zastawione sidła.
Ciernie wbite w skórę a ja tak się wspinam
Ślepa, wyczerpana w gorące południe.
Jakiż ogień w jego żyłach pała,
jaka żądza tę czerwoną sieć utkała?

Nienasyceniem moje ziemie plądrowane;
On, naznaczony swoich ojców winą,
Ryczy: “krew, niech świat krwią spłynie”
Mięso nasyci ust otwartą ranę.
Życie to jego rozdzierające zęby,
Słodycz jest skwierczącą furią sierści.
Pocałunki trawią, łapy są jak ciernie
Jego apetyt syci się zagładą.
Kobiety u jego stóp, całe stada
Jak rozpalone pochodnie szczęścia,
Chodzą wokół, w pas mu się kłaniają,
Są ledwie przynętą dla głodnego ciała.

Wzgórza kryją grozę, ten zalążek cienia;
Duszne powietrze, las okryty nocą,
Mój ciemny rabuś, zwabiony miłością
pręży zwinne uda; jestem pomna zagrożenia
za splątanymi zaroślami moich oczu.
Tam czyha smukła postać; w zasadzce snów
Piętna mego ciała, ślady jasnych kłów.
Na napiętych mięśniach wielki głód się skrada,
Żar zastawia sidła, prześwituje drzewa
A ja biegnę, błyska moja skóra; spokój.
Jakże zdradliwa jest ta cisza wokół
Gdy palą w się oczach żółte płomienie.

Otwieram ranę serca, chcę krok jego wstrzymać. 
Wykrwawiam się. Tak spełniam czego pragnie.
On trawi mnie, lecz nieustannie łaknie.
To koniec? Ofiara się spełniła?
Zastawia sidła głosu który wprawia w trans
Choć już nie w gąszczu, lecz w pyle popiołu.
Ukryta siła odpycha mnie, uciekam
Gdy atakuje mnie ten straszny blask.
Teraz chowam się w wieży moich lęków,
Zamykam drzwi, jakby ktoś mnie winił
Odcinam dopływ, rygluję każde z nich,
Puls krwi, chcę uciec od jej dźwięku.

Pantera po schodach już do mnie się skrada
W górę i w górę, kładzie się u drzwi.